Skocz do zawartości

Zaloguj przez Facebook Rejestracja

Najnowsze tematy

Wyświetl nową zawartość »

Kolejna danina "dobrej zmiany" Za nieruchomości zapłacimy wyższe podatki, a niektórzy dodatkowo minimalny


533 odpowiedzi w tym temacie

#41 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 03 styczeń 2019 - 20:22:44

Wczoraj w berlińskiej dzielnicy Spandau doszło do marszu neonazistów, którzy upamiętnili 30 rocznicę samobójczej śmierci Rudolfa Hessa.

Demonstranci mieli ze sobą transparenty – „Niczego nie żałuję”, co jest cytatem z Hessa i „To było morderstwo” co odnosi się do zagadkowej śmierci jednego z liderów III Rzeszy.

Jak informują niemieckie media w marszu mogło uczestniczyć nawet 500 osób.

 



#42 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 03 styczeń 2019 - 20:23:59

W 2016 roku w Niemczech miało miejsce 466 demonstracji neonazistów i 223 koncerty ich muzyki – wynika z danych niemieckiego MSW. Jednak od pewnego czasu różne środowiska próbują narzucić narrację, zgodnie z którą to w Polsce ma się rzekomo szerzyć neonazizm.

 



#43 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 05 styczeń 2019 - 12:58:36

Afera z kierowcą Jarosława Kaczyńskiego. Tak "ściemnia" polska policja

Kierownictwo polskiej policji nie doszukało się niczego bulwersującego w zachowaniu kierowcy Jarosława Kaczyńskiego, który jechał pod prąd i domagał się ukarania interweniującego mundurowego. Wirtualna Polska dotarła do pisma wiceszefa polskiej policji Andrzeja Szymczyka, w którym przedstawia zgoła odmienną wersję zdarzeń...

 

Chodzi o incydent z 30 września ujawniony przez Wirtualną Polskę. W Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy odbywała się wtedy konwencja wyborcza PIS przed wyborami samorządowymi. Jeden z policjantów widząc samochód, który wjeżdża pod prąd, zatrzymał auto i domagał się ukarania kierowcy. Okazało się, że autem podróżuje prezes PiS Jarosław Kaczyński.
Kierowca prezesa PiS miał grozić policjantowi zwolnieniem ze służby i straszyć reakcją przełożonych. Ostatecznie jednak auto z Kaczyńskim zostało przepuszczone i wjechało na parking, na którym parkował również premier Mateusz Morawiecki. Wewnętrzne postępowanie wykazało, że policjant zachował się zgodnie z procedurami. Z kolei kierowca prezesa PiS nie został ukarany żadnym mandatem.
W sprawie interweniował poseł PO Krzysztof Brejza. - Wnoszę o przeprowadzenie natychmiastowej kontroli tego wydarzenia pod kątem sprawdzenia procedur i zasadności działania kierownictwa MSWiA i KGP (…) Wnoszę ponadto o natychmiastowe ujawnienie notatki służbowej i ujawnienie zapisu tego incydentu z opisem zachowania ochroniarzy Jarosława Kaczyńskiego – apelował poseł Krzysztof Brejza. I wysłał do Komendy Głównej Policji poselską interwencję.
 

"Ponadto informuję, że funkcjonariusz zwrócił się 18 października 2018 r. z raportem do Komendanta Miejskiego Policji w Bydgoszczy o zwolnienie go ze służby w policji z dniem 30 listopada. Komendant wydał 26 października rozkaz personalny, w którym (…) zwolnił go ze służby w policji 30 listopada. Nadmieniam, że decyzja Komendanta była podyktowana jedynie prośbą złożoną przez policjanta w sporządzonym raporcie" - dodaje Szymczyk.

 

Skoro jednak według kierownictwa polskiej policji nic wielkiego się nie stało, może jednak dziwić sytuacja tuż po incydencie. Kilka godzin po zdarzeniu, bydgoska policja wszczęła postępowanie wyjaśniające odnośnie zachowania policjanta. Polecenie - jak twierdzą nasi informatorzy - miało przyjść z samej góry.

 

Z kolei bydgoscy policjanci – w przeciwieństwie do wiceszefa polskiej policji – potwierdzili nam, że ochroniarz Jarosława Kaczyńskiego popełnił wykroczenie i złamał przepisy ruchu drogowego. - Kierowca, który nie zastosował się do zakazu wjazdu w określonym kierunku został pouczony za popełnione wykroczenie – informowała Wirtualną Polskę Monika Chlebicz, rzecznik komendanta wojewódzkiego policji w Bydgoszczy.

- W tej sprawie nie "ściemniamy", a wręcz bardzo wnikliwe wyjaśniliśmy wszystkie okoliczności zdarzenia, również opisywane przez niektóre media. Właśnie w tym celu zostały przeprowadzone skrupulatnie czynności wyjaśniające, aby nikt nam nie zarzucił, że coś chcemy ukryć i „zamieść pod dywan”. W toku czynności zebrano m. in. oświadczenia od samych funkcjonariuszy, na podstawie których ustalono stan faktyczny - informuje WP rzecznik Komendy Głównej Policji Mariusz Ciarka.

Z naszych informacji wynika, że ochroniarz Jarosława Kaczyńskiego to jeden z pracowników firmy ochroniarskiej Grom Group. Ponad miesiąc temu wysłaliśmy pytania do firmy. Odpowiedzi brak.

 

Wirtualna Polska.

 

Kilka komentarzy internautów: 

 

-Doszliśmy już do takiego stanu państwa, że policjantów zwalnia z pracy nie minister, ani nawet nie "zwykły poseł", tylko kierowca posła.

Tego nawet w głębokim PRLu nie było.

 

-Na własną prośbę został zwolniony!!!!! O zgrozo jeden ,co najmniej z honorem odszedł z politycznej organizacji ,a "MIAŁO NIE BYĆ Świętych KRÓW" Zawsze to mówię ,co innego myślą co innego mówią co innego robią .TAKI JEST PIS!!!!!.

 

-Panie zastępco komendanta głównego policji - gdzie pana honor oficerski???? czy pobory wypłaca panu kaczor-kartofel czy budżet państwa z podatków obywateli R.P.??? w Japonii samuraj po takiej bredni popełnił by sepuku.

 

-Honor oficerski??? Ludzie honoru zostali albo wyrzuceni, albo zmuszeni do odejścia z Policji i Wojska. Teraz ich stanowiska obejmują ludzie typu perukarza jako wiceministra.

 

-Jak można czuć się bezpiecznym mając taką policje gdzie nadinspektor bojąc się posła kłamie w "żywe oczy" a zwykły policjant wykonujący uczciwie swą pracę musi się zwolnić bo nie rozpoznał guru PIS.

 

-Kierowca niedojdy powinien zostać ukarany mandatem... A policjant odpuścił i został wydalony. Czyli są św. krowy. W "demokratycznym" państwie rządzi niemota i osobiście steruje wszystkim. W PRL wszystkim sterował KC PZPR, a nie jedna osoba - dyktator!

 

-co się dziwicie, wszystko jest zamiatane pod dywan a obrywają wszyscy "nieposłuszni". Głosujcie na pis a nie będziecie wiedzieć jak się nazywacie gdy pisopolcja weźmie was w obroty. Żal mi tego policjanta, ale co może jeden człowiek wobec pisowskiej sekty? Tego za komuny nie było.

 

-Tak trzymać panie Kaczyński! Naród za mordę, za miskę ryżu . Jest Pan skromnym uczciwym , dobrym , kulturalnym , pełnym ciepła człowiekiem . Szkoda że ma Pan już tyle lat i jest Pan samotną, bezdzietną, satrapą...Szkoda, że nie przeszedł Pan jeszcze na emeryturę ! Przecież skończył Pan 65 lat, jak sędziowie...Szkoda...

Że podzielił Pan nasze społeczeństwo , że odrodziła się nienawiść, brak wyrozumiałości do drugiego, inaczej myślącego człowieka. Że Europa patrzy na nas z niedowierzaniem!
Że naród tak miłujący wolność obudził w sobie ,brak tolerancji i zrozumienia. Że ludzie prymitywni, zakłamani i chamscy, maja tak dużo do powiedzenia.

 



#44 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 05 styczeń 2019 - 13:19:37

Asystentka prezesa Grupy Azoty ( firma państwowa ) superdyrektorem z superpensją. Kobieta zarabia 30 tys. zł 

Wojciech Wardacki, prezes Grupy Azoty stworzył specjalne stanowisko swojej asystentki. Od początku roku Agnieszka Sorbnicka-Krasinkiewicz jest już szefową Departamentu Korporacyjnego Zarządzania i Komunikacji. Nic nie wiadomo o jej kompetencjach, ale zarabia świetnie. 

 

O zaskakujących roszadach kadrowych w chemicznym gigancie informuje "FAKT". Według dziennika, byłej już asystentce od 2 stycznia podlega wiele ważnych biur w jednej z większych spółek Skarbu Państwa. Taka odpowiedzialność oczywiście związana jest z sowitym wynagrodzeniem.

Fakt dowiedział się, że jest to 30 tys. zł, a prezes Wojciech Wardacki już od pewnego czasu miał dzielić się władzą z asystentką. Na początku stycznia najwidoczniej postanowił to sformalizować. Tak powstało w firmie nowe stanowisko. 

Od 2 stycznia byłej asystentce podlega m.in. Biuro Nadzoru Właścicielskiego, Biuro Obsługi Organów Spółki, Biuro Komunikacji i Sponsoringu. O planach szefa chemicznej spółki, gazeta pisała już przed świętami.

 

Artykuł tylko opóźnił powstanie superstanowiska. Gdy po posiedzeniu rady nadzorczej prezes ocalił swoje stanowisko, wrócił do tej koncepcji. Sorbicka-Krasinkiewicz w spółce pracuje od 2008 r.

Zaczynała jako laborantka, ale w 2016 kiedy Wardacki został prezesem Z.Ch Police, mianowanym przez PIS, szybko zaczęła wspinać się po szczeblach kariery. Informatorzy ”Faktu” donoszą, że prezes wraz z asystentką byli widywani w sytuacjach niedwuznacznych. Prawnik Wardeckiego zaprzecza tym doniesieniom. 

 

Gazeta Fakt i Wirtualna Polska.

 

 



#45 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 05 styczeń 2019 - 16:48:16

STADNINA W JANOWIE PODLASKIM BLISKA BANKRUCTWA. 

Prezes Stadniny Koni w Janowie Podlaskim wiedział o groźbie utraty płynności finansowej, ale posłów PO w listopadzie zapewniał, że sytuacja "jest stabilna", a stadnina ma płynność finansową. Wynika to z odpowiedzi, jaką w trybie dostępu do informacji publicznej otrzymało teraz TOK FM. Szef stadniny przekonuje jednak, że "funkcjonowanie spółki nie jest zagrożone", dzięki sprzedaży koni i zboża.

W listopadzie posłowie PO, zaniepokojeni groźbą bankructwa stadniny Janów Podlaski oraz faktem, że utajniono jej audyt, wizytowali placówkę.

 

- Audyt został utajniony, nasze pytania pozostają bez odpowiedzi - mówili wówczas dziennikarzom Joanna Mucha, Dorota Niedziela, Joanna Kluzik-Rostkowska i Stanisław Żmijan z PO tłumacząc powód ich wyjazdu do stadniny. Jak powiedzieli, p.o. prezesa Grzegorz Czochański zapewnił ich, że sytuacja "jest stabilna", a stadnina ma płynność finansową.

 

Koniunktura lepsza i gorsza

 

Zapytany o przyczyny złych wyników finansowych stadniny miał wyjaśnić, że "spółka działa w określonych warunkach". - Zdarzają się okresy lepszej koniunktury, zdarzają się okresy gorszej koniunktury, mam nadzieję, że okres gorszej koniunktury już jest za spółką. Patrzymy optymistycznie w przyszłość - dodał Czochański.

 

Odmówił jednak ujawnienia posłom Platformy pisma, które we wrześniu 2018 r. skierował do Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa.

 

Treść pisma poznali dopiero dziennikarze TOK FM w trybie dostępu do informacji publicznej.

 

"Obecnie spółka nie jest zagrożona"

 

Jak się okazuje p.o. prezesa stadniny poinformował KOWR o możliwości utraty płynności finansowej i trudnej sytuacji, w jakiej spółka się znalazła. Jak napisał m.in., w 2015 r. zysk netto wyniósł ponad 3,2 mln zł. Rok później, było to 81 tys. zł, natomiast w 2017 r. spółka odnotowała stratę w wysokości 1,64 mln zł. 

 

I mamy kolejny efekt rządów "dojnej zmiany", niszczącej polskie dobro narodowe, jakim jest ta stadnina. Do czego dziady się dotkną to tylko zniszczą !

 



#46 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 05 styczeń 2019 - 17:01:17

Jak padnie stadnina w Janowie, to gdzie leworęki pajac selfie z koniem zrobi ?
Stadnina w Janowie Podlaskim z ponad 200- letnią tradycją, chluba Polski w świecie, na skraju bankructwa !.
Utrata płynności finansowej i trudna sytuacja. Obraz podłej zmiany.
 
"funkcjonowanie spółki nie jest zagrożone", dzięki sprzedaży koni i zboża.

 

To czym będą się zajmować jak już sprzedadzą konie i zboże?

Hodowlą kaczek ?

 

 



#47 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 05 styczeń 2019 - 17:47:31

Płacą od długości wpisu, czy za sztukę?

#48 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 06 styczeń 2019 - 18:20:41

Abonament RTV. Za telewizor trzeba zapłacić kilkaset złotych rocznie

Ponad 270 zł rocznie - nawet tyle trzeba zapłacić za posiadanie telewizora w domu. 
 
za co?

Abonament? A za co? Za setki tysięcy zł wywalanych nieustannie w błoto na różnych zenków martyniuków? Za prymitywną szujnię polityczną na TVP Info? Na dziesiątki tysięcy tysięcy zł na różne Holeckie i jej tępych kumpli? Na nadęte pensje Kurskiego i jego kolejnej kochanki? Na najnudniejsze programy w postaci np. Familiady, od której już ciekawszy jest tzw. program kontrolny? A w radio np. na jedynie zapraszanych do rozmów pisowskich lizusów i wazeliniarzy? Przecież i tak już Kurski dostał od pani Broszki ponad 800 mln zł z naszych podatków i wszystko wyrzucił w błoto. Nadal ma straszne długi. A poza tym, wszystkie programy TVPiS już dawno wywaliłem z menu mojego telewizora i za takie łajno nie mam najmniejszego zamiaru płacić. Tym bardziej , że TVPiS jak spółka zupełnie bezprawnie domaga się od obywateli przymusowej daniny w postaci jakiegoś abonamentu.

 



#49 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 07 styczeń 2019 - 10:08:18

Tyszka: Wynagrodzenie dyrektor NBP to skandaliczna sytuacja, "koryto plus"

 

Wynagrodzenie znajomej prezesa Narodowego Banku Polskiego w wysokości przynajmniej 65 tys. zł miesięcznie to skandaliczna sytuacja, to "koryto plus" - powiedział w poniedziałek wicemarszałek Sejmu Stanisław Tyszka (Kukiz'15). Dodał, że oczekuje jawności wynagrodzeń w NBP.
 

 

Pod koniec grudnia "Gazeta Wyborcza" napisała o dwóch współpracowniczkach prezesa NBP Adama Glapińskiego (mianowany przez PIS) - szefowej departamentu komunikacji i promocji Martynie Wojciechowskiej oraz dyrektorce gabinetu prezesa NBP Kamili Sukiennik. Ujawniono wówczas, że zarobki Martyny Wojciechowskiej wynoszą ok. 65 tys. zł.

"Według naszych informacji awans dyrektorski dostała w sierpniu 2016 r. Porównując jej oświadczenia majątkowe sprzed awansu i po nim oszacowaliśmy, że po podwyżce w sierpniu zarabia ok. 65 tys. miesięcznie wraz z premiami, dodatkowymi dochodami i bonusami. Dla porównania - były prezes NBP Marek Belka dostawał w sumie ok. 57 tys. zł miesięcznie" - napisała "GW". Według najnowszych doniesień medialnych, pensja Wojciechowskiej wynosić może nawet ok. 80 tys. zł miesięcznie.

Wicemarszałek Tyszka odnosząc się w poniedziałek w TOK FM do doniesień o wynagrodzeniach współpracowników prezesa NBP powiedział, że "jest to skandaliczna sytuacja". - Myślę, że PiS za to bardzo dużo zapłaci. Dominujące pensje wynoszą w Polsce ok. 2,5 tys. zł według danych GUS, a znajomej prezesa NBP dają przynajmniej 65 tys. zł miesięczne. To jest absolutnie nieakceptowalne. To "koryto plus" - zaznaczył.

Tyszka przypomniał, że PiS obiecywało przed wyborami parlamentarnymi, że "kraść nie będą". - Tymczasem okazuje się, że robią dokładnie to samo, a pod niektórymi względami nawet bardziej niż ich poprzednicy - podkreślił.

- Jako obywatel oczekuję jawności wynagrodzeń w NBP; ludzie mają święte prawo wiedzieć, ile płacą pracownikom - oświadczył.

Wicemarszałek Sejmu zwrócił też uwagę, że łączna miesięczna pensja Wojciechowskiej może wynosić nawet 80 tys. zł. - To więcej niż prezydent Polski i prezydenci wielu innych państw - wskazał !!!.

 

 

 

 

 



#50 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 08 styczeń 2019 - 06:21:39

Do 7 stycznia polityk PiS w Orlenie zarobił tyle, ile przeciętny Polak przez cały rok!

 

Wojciech Jasiński to zaufany przyboczny Jarosława Kaczyńskiego. Od 2001 do 2015 r. był posłem PiS w Sejmie, a w latach 2006 - 2007 pełnił funkcję ministra skarbu w rządzie PiS. W październiku 2015 roku został ponownie wybrany do Sejmu, jednak już w grudniu złożył mandat poselski. Powód? Otóż został on nominowany na prezesa zarządu PKN Orlen. W 2017 roku z tytułu wynagrodzenia i premii zarobił w tej państwowej spółce 2 mln 786 tys. zł. To oznacza, że każdego dnia dostawał średnio po 7 632 zł. W jeden tydzień zarobił więcej niż przeciętny Polak w cały rok!

 

Jeszcze kilka lat temu polityków Prawa i Sprawiedliwości niezwykle mocno raziła skala nepotyzmu i kumoterstwa uprawianego w państwowych spółkach przez członków Platformy Obywatelskiej. Polityczne zawłaszczanie synekur w spółkach z udziałem Skarbu Państwa nie podobało partii Kaczyńskiego do tego stopnia, że chcieli utworzyć tzw. Centralny Rejestr Oświadczeń. Miał on informować opinię publiczną, kto z działaczy partii politycznej lub z członków ich rodzin jest zatrudniony w spółkach Skarbu Państwa, w ministerstwach, agencjach rządowych oraz jakie z tego tytułu pobiera uposażenie, premie czy nagrody.

 

Zmiana władzy pod koniec 2015 roku bynajmniej nie ograniczyła zjawiska nepotyzmu i kumoterstwa. Zmiana władzy spowodowała za to weryfikację podejścia PiS do kwestii obsadzania intratnych stanowisk w spółkach z udziałem Skarbu Państwa przez "swoich". Niemal natychmiast po przejęciu steru rządów w państwowych spółkach znaleźli zatrudnienie kumple i znajomi Jarosława Kaczyńskiego lub jego koalicjantów. Co ciekawe - na intratne stanowiska eksportowani byli również czynni politycy. Wojciech Jasiński jest tego najlepszym przykładem.
Od 2001 do 2015 roku Jasiński był posłem PiS w Sejmie. Dodatkowo w latach 2006 - 2007 pełnił funkcję ministra skarbu w rządzie PiS. W październiku 2015 roku został ponownie wybrany do Sejmu, jednak już dwa miesiące później złożył mandat poselski, aby objąć posadę... prezesa zarządu PKN Orlen

 

W 2016 roku z tytułu pobieranego wynagrodzenia Jasiński zarobił 1 mln 715 tys. zł. Rok 2017 okazał się być pod tym względem jeszcze lepszy. Co prawda z tytułu wynagrodzenia podstawowego Jasiński otrzymał mniej, bo 1 mln 226 tys. zł, jednak doszła jeszcze premia za rok poprzedni w wysokości 1 mln 560 tys. zł. Razem daje to 2 mln 786 tys. zł. Gdy podzielimy tę kwotę przez liczbę dni w roku, to wyjdzie nam że codziennie Jasiński zarabiał średnio po 7 632 zł. Stąd już prosty wniosek, że w siedem dni zarobił tyle, ile statystyczny Polak zarobi w cały rok!

 

Pokorę, umiar i roztropność w działaniu - te cechy obiecywała nam wyznaczona na premiera rządu PiS Beata Szydło w trakcie wygłaszanego ponad 3 lata temu expose. One miały towarzyszyć nie tylko wszystkim członkom rządu, ale również wszystkim członkom nowego establishmentu, który dzięki temu miał być inny od ekipy PO-PSL. Niestety rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała powyższe słowa, jako puste obietnice. Roczne uposażenie na poziomie 2 mln 786 tys. zł w państwowej spółce dla polityka PiS było tego najlepszym przykładem.

 

Dojna zmiana pełną gębą ! I to nie ryżu...z miski...

 

niewygodne.info.pl

blog niewygodny dla establishmentu III RP

 



#51 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 08 styczeń 2019 - 19:11:11

  "Zrobił z NBP prywatny folwark". Czy ktoś w PiS wie, ile dokładnie zarabia prezes Glapiński?

 

Była przy prezesie NBP już w momencie jego wyboru w 2016 r. Martyna Wojciechowska nie ma wykształcenia ekonomicznego, a zarabia więcej niż prezydent Francji. Kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie.

Pensja dyrektor departamentu komunikacji i promocji to może być jednak wierzchołek góry lodowej.

 

kokesz36 07.01.2019, 20:53
Kulawy wystawił go na piedestał i dał stanowisko głównego bankiera a teraz zaszył się na Żoliborzu i czeka aż sprawa przycichnie. przecież te lalki to typowe słupy które dostają po dwie dychy tylko za chodzenie z glapą bo umiejętności żadnych. Po prostu syf kiła i kamieni kupa.
antyhipokryta 07.01.2019, 22:59
Ale tępemu polactwu to się podoba! Notowania PiSbolszewii rosną, opozycji spadają. Lud TEGO CHCIAŁ. Lud się cieszy, że idioci i idiotki bez kwalifikacji zarabiają kupę szmalu, bo to oznacza że lud prostaków czuje się dowartościowany. Nie warto się uczyć, starać, podnosić kwalifikacji, wystarczy mieć poparcie partyjniackich kacyków, chody, kogoś skorumpować itp. Nielogiczne? Dziwne? Oczywiście 99,9% ciemnego ludu NIGDY nie doświadczy takich synekur, ale ma poczucie że potencjalnie może, bo oto nastał PROSTACKICH MIERNOT. To jak z Lotto - też 99,9% nigdy niczego poważnego nie wygra, ale ludzie kupują te losy i kupują....
jesiotr9907.01.2019, 23:45
ten to dopiero trafił na koryto+, żre i żre aż w końcu pęknie

 

artzat7408.01.2019, 01:50
Wymienia go na Biereckiego . Wtedy dopiero beda jaja .

 

Bornholm08.01.2019, 09:33
Niestety - po wyznawcach (wyborcach) pis-owskiej sekty te skandale finansowe spływają jak po.. kaczce. Oni rozumują tak - przecież to nasi sobie tak hojnie płacą, czyli zarabiają swojacy. W dodatku nam też coś dali - 500+. PIS nie zaszkodzili Misiewicze, wielomilionowa afera KNF, premie dla rządu ("im się to po prostu należało"), które - mimo zapewnień - nie zostały oddane. Nie zaszkodzą też horrendalnie wysokie zarobki w NBP.
ddbk201508.01.2019, 13:22
Bracia kradli już wtedy, gdy podczepili się do Okrągłego Stołu. FOZZ, Srebrna, SKOK, cała masa drobnych firm pod patronatem kretów typu Luśnia i Macierewicz i wielu innych. Wpychali na stołki ludzi, którzy mieli zarabiać na siebie i na nich. Wciągali do siebie osoby poprzez socjotechniczne zabiegi, wypracowane przez Rosjan. Tworzyli coraz to nowe partie takie jak Samoobrona teraz Kukiz15. Mącili ile się da. Zadaniem przyszłego rządu, sejmu powinien być jeden priorytet. Odebranie pieniędzy i apanaży złodziejom, gangsterom. Oczyszczenie urzędów ze złogów. Trudne zadanie, jednak wykonalne. Która z partii na to się zdobędzie? Która podejmie to żmudne działanie?
Komentarze z serwisu Wyborcza,pl

 

 



#52 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 08 styczeń 2019 - 19:29:57

Wyborcza, to wiele wyjaśnia. Czuć czosnkiem z daleka



#53 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 08 styczeń 2019 - 19:47:39

Wyborcza, to wiele wyjaśnia. Czuć czosnkiem z daleka

czosnkiem, to wali od wyborców podłej zmiany, szczególnie tej toruńskiej.



#54 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 08 styczeń 2019 - 20:43:54

Pracownik NBP ma kredyt na 3 mln, którego nie spłaca? Afera SKOK Wołomin pogrąży kolejne znane osoby

Wśród osób, które dostały kredyty i pożyczki w SKOK Wołomin, a dziś ich nie spłacają, są politycy, dziennikarze i artyści. A nawet wpływowa pracowniczka Narodowego Banku Polskiego, która zalega ze spłatą 3,7 mln zł. Ta afera nie została do dziś rozliczona, mimo, że kosztowała nas kilka miliardów złotych.

 
Jak uważa Tomasz Molga z WP.pl, wśród osób, które ciągle zalegają ze spłatą zobowiązań wobec SKOK Wołomin, jest m.in. Ewa J., wpływowa postać Narodowego Banku Polskiego. Jej dług sięga sumy 3,7 mln zł, a w jednej z jej umów kredytowych występuje niejaki Piotr S. To jedna z kluczowych postaci afery SKOK Wołomin. Prokuratura zarzuca mu współorganizację tego przekrętu i przywłaszczenie 72 mln złotych.
SKOK Wołomin: lista VIP
Efektem śledztwa w sprawie afery SKOK Wołomin jest już 29 postępowań sądowych, oskarżonych zostało 259 osób. Niewykluczone, że najważniejsze sprawy dopiero przed nami. Coraz głośniej słychać choćby o tzw. liście VIP, czyli osób, którym SKOK Wołomin rozdawał kredyty i pożyczki jak słodycze. 
 
Mają się na niej znajdować politycy, prawicowi dziennikarze, a także artyści – choćby Michał Wiśniewski, który wraz z żoną nie spłaca kredytu na 3,4 mln zł.
 
– Występują na niej senator PiS, radni z Wołomina oraz Warszawy, była pracownica kancelarii prezydenta, zaufana współpracownica Jarosława Kaczyńskiego ze spółki Srebrna, dziennikarz, który organizował debatę o zaletach oferty SKOK-ów – pisze dziennikarz WP Tomasz Molga o liście klientów SKOK Wołomin.
 
 
Niedawno portal Onet pisał o Piotrze Kaczorku z biura prasowego Centralnego Biura Antykorupcyjnego, który zalega ze spłatą 204 tys. zł kredytu w SKOK Wołomin. Kaczorek został zawieszony.
 
Zarzuty w sprawie powiązanej z aferą SKOK-u Wołomin usłyszał też Zygmunt K., dawna gwiazda prokuratury, lansowana przez Lecha Kaczyńskiego.

 

Portal WP,pl

 



#55 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 09 styczeń 2019 - 06:34:10

Tajemnice KNF: dziwna gra w sprawie szefa SKOK-ów 

Komisja Nadzoru Finansowego pod kierownictwem Marka Chrzanowskiego prowadziła dziwną grę w sprawie zatwierdzenia na stanowisku prezesa Kasy Krajowej SKOK Rafała Matusiaka. Pozytywna dla menedżera decyzja KNF zapadła pod koniec października 2018 r., choć 1,5 roku wcześniej KNF pod tym samym kierownictwem przed sądem zaprezentowała dokładnie odwrotne stanowisko.

 

  • KNF zatwierdziła na stanowisku prezesa Kasy Krajowej SKOK Rafała Matusiaka, choć wcześniej przed sądem przekonywała, że decyzja poprzednich władz KNF - odrzucająca tę kandydaturę - była słuszna
  • Zwrot w sprawie nastąpił po zatrudnieniu w KNF Filipa Czuchwickiego, który całe swoje zawodowe życie związał z systemem SKOK
  • KNF i Kasa Krajowa SKOK zgodnie unikają odpowiedzi na pytania Onetu w tej sprawie

 

Cisza przed burzą

 

Jest 30 października ubiegłego roku. Za niecałe dwa tygodnie

KNF wstrząśnie afera, w wyniku której z fotela szefa KNF z hukiem wyleci Marek Chrzanowski. Niedługo potem usłyszy korupcyjne zarzuty i trafi do aresztu. Ale pod koniec października na korytarzach siedziby Komisji przy ul. Pięknej w centrum Warszawy jeszcze panuje spokój. Właściwie bez echa przechodzi decyzja, która wtedy zapada: oto KNF zatwierdza na stanowisku prezesa Kasy Krajowej SKOK Rafała Matusiaka. Decyzja jest jednogłośna.

 

Menedżer triumfuje, bo o glejt ze strony nadzorcy systemu finansowego walczył od ponad pięciu lat (przez cały ten okres sprawował funkcję bez koniecznego zatwierdzenia). Aby to mogło się stać, musiał zmienić się rząd, a w konsekwencji kierownictwo KNF. Poprzedni szefowie Komisji Nadzoru Finansowego odrzucili Matusiaka. W 2014 roku nie zostawili na nim suchej nitki, oświadczając, że szef Krajowej SKOK nie daje "rękojmi ostrożnego i stabilnego zarządzania kasą".

 

Urzędnicy uznali, że finansista jest współodpowiedzialny za fatalną sytuację całego sektora kas. Oto fragment komunikatu KNF z 2 września 2014 r.: "Kasa Krajowa nie wypełniała w należyty sposób ustawowych obowiązków wynikających z art. 42 ustawy o SKOK w zakresie zapewnienia stabilności finansowej kas, a w szczególności udzielania kasom wsparcia finansowego ze środków funduszu stabilizacyjnego oraz sprawowania kontroli nad kasami dla zapewnienia bezpieczeństwa zgromadzonych w nich oszczędności oraz zgodności działalności kas z przepisami prawa”.

 

Wiatr zmian

SKOK-i nie dają za wygraną i odwołują się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Postępowanie trwa ponad 2 lata. W tym czasie (styczeń 2016) do Rady Polityki Pieniężnej trafia jako przedstawiciel Senatu Marek Chrzanowski. Pod jego kandydaturą podpisuje się m.in. senator Grzegorz Bierecki, twórca systemu SKOK. Ale Chrzanowski długo tam miejsca nie zagrzeje. Jesienią 2016 r. odchodzi z Rady. Kilka tygodni później premier Beata Szydło powołuje go na nowego przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego. Do gabinetu przy Pięknej wchodzi w październiku.

 

Niewiele ponad miesiąc później Wojewódzki Sąd Administracyjny oddala skargę Kasy Krajowej SKOK na odmowę zatwierdzenia Rafała Matusiaka. Sędziowie stwierdzają, że "argumentacja KNF zawarta w uzasadnieniu decyzji jest spójna i logiczna oraz poparta dowodami zgromadzonymi w sprawie". To jednak nie koniec. SKOK-i idą w zaparte i chcą wykorzystać całą dostępną ścieżkę prawną. W marcu 2017 r. składają skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

 

KNF zaprzecza sama sobie

Już w maju 2017 r. NSA rozpatruje dwa wnioski o dopuszczenie do udziału w tym postępowaniu kasacyjnym. Jeden złożył prezes Krajowej SKOK Rafał Matusiak, drugi Światowa Rada Unii Kredytowych z siedzibą w Madison (USA). Rada (w skrócie WOCCU) zrzesza związki spółdzielni oszczędnościowo-kredytowych z całego świata. Jej członkiem są polskie SKOK-i. Grzegorz Bierecki przez pewien czas stał nawet na czele WOCCU. Naczelny Sąd Administracyjny oba wnioski odrzuca. Ale co najważniejsze, z uzasadnienia decyzji dowiadujemy się, że Komisja Nadzoru Finansowego zdążyła już przedstawić swoje stanowisko dotyczące skargi kasacyjnej - KNF chce jej odrzucenia! Przypomnijmy, wtedy od ponad pół roku nadzorem finansowym kieruje już człowiek powołany przez PiS, czyli Marek Chrzanowski. Zatem w maju 2017 roku KNF podtrzymuje przed sądem stanowisko poprzednich władz Komisji, które uznały, że Rafał Matusiak nie nadaje się na prezesa.

 

Marek Chrzanowski w tym czasie wprowadza swoje porządki w KNF. Zwalnia m.in. urzędników, którzy badali nieprawidłowości w kasach SKOK. Wśród tych, którzy tracą pracę, jest Wojciech Kwaśniak pobity w 2014 roku przez gangstera działającego prawdopodobnie na zlecenie jednego z szefów SKOK Wołomin. W lipcu 2018 roku szefem departamentu KNF zajmującego się spółdzielczymi kasami oszczędnościowo-kredytowymi zostaje Filip Czuchwicki. Tematykę zna od podszewki, bo... pracował w SKOK-ach prawie całe dorosłe życie. Według OKO.Press "jako student dostawał stypendium od stowarzyszenia związanego ze Spółdzielczymi Kasami Oszczędnościowo Kredytowymi. Pracował w Krajowej SKOK, gdy jej szefem był Grzegorz Bierecki. Potem w kancelarii obsługującej SKOK-i, założonej przez syna Biereckiego i jego bliskich współpracowników".

 

Zwrot akcji

30 października 2018 r. Komisja Nadzoru Finansowego akceptuje Rafała Matusiaka jako prezesa Kasy Krajowej, mimo iż postępowanie kasacyjne przed NSA się nie zakończyło. Ba, nie został wyznaczony nawet termin właściwej rozprawy.

 

Wysłaliśmy do KNF pytania w tej sprawie. Chcieliśmy wiedzieć, co wpłynęło na zmianę decyzji Komisji w sprawie prezesa Matusiaka. Spytaliśmy również, czy KNF podtrzymuje swoje stanowisko z maja 2017 roku, gdy wniosła o odrzucenie skargi SKOK-ów do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Rzecznik KNF Jacek Barszczewski odpowiedział krótko: - Z uwagi na tajemnicę zawodową określoną w ustawie o nadzorze nad rynkiem finansowym Urząd KNF nie może udzielać informacji pozyskanych w toku sprawowanego nadzoru nad konkretnymi podmiotami.

Wody w usta nabiera też Kasa Krajowa SKOK. Spytaliśmy, czy firma wycofa skargę z NSA, skoro Rafał Matusiak uzyskał pozytywną decyzję. Po blisko 3 tygodniach otrzymaliśmy dwuzdaniową odpowiedź biura prasowego: "Decyzja w te sprawie należy do Rady Nadzorczej Krajowej Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej. Jeśli tylko podejmie ona w tej sprawie decyzję, niezwłocznie poinformujemy o niej Pana".

 

Onet,pl

 



#56 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 09 styczeń 2019 - 15:51:05

Krzysztof Łoziński ( Facebook )
 
28 grudnia 2018 
 
 
Część 1.
Kłamstwa życiorysowe
 
Ponieważ po moim wpisie o umieszczeniu zdjęć Kaczyńskich wśród głównych twórców polskiej wolności pojawiły się komentarze, że to "po prostu prawda historyczna", postanowiłem przypomnieć fragment rozdziału o kłamstwach życiorysowych z "Raportu Gęgaczy". Dodam tylko, że gdy pisaliśmy tę książkę ponad trzy lata temu, nie miałem jeszcze potwierdzenia, a tylko podejrzenie, że Jarosław Kaczyński w ogóle nie należał do "Solidarności". Dlatego tego faktu wówczas nie uwzględniłem. Później potwierdził ten fakt Maciej Jankowski, ówczesny przewodniczący komisji zakładowej "S" na Uniwersytecie Warszawskim. Tyle wstępu, a teraz tekst:
 
 
 
 
 
To takie ludzkie i zrozumiałe, że każdy chciałby mieć piękny życiorys. Gdy się jest politykiem, to wręcz pożądane. Dość powszechnie życiorysy się troszeczkę naciąga, coś przemilcza, coś uwypukla… Wszystko jest do wytrzymania, dokąd nasz życiorys nie zamienia się w całkiem cudzy. U kłamczoholika rzecz ma się następująco. Zaczyna się od drobnych korekt, ale co roku życiorys pięknieje, przybywają nowe „fakty”, praca w biurze zarządu zamienia się w pracę w zarządzie, podoficer w oficera, tata biuralista w tatę legionistę, itd. Po paru latach w życiorysie pojawiają się czyny, o których słyszało się w telewizji, czytanie parokrotne podziemnej prasy zamienia się najpierw w kolportowanie tejże, później w wydawanie tejże, a paniczny strach przed udziałem w podziemiu z czasem staje się byciem przywódcą tegoż.
 
Jarosław Kaczyński rzeczywiście był współpracownikiem KOR, a ściślej Zofii Romaszewskiej. Rzeczywiście brał udział w tworzeniu tak zwanego Raportu Madryckiego. Zofia Romaszewska przyznała po latach, że pracował w filii UW w Białymstoku i „dostarczał cennych informacji o tym, co działo się na tym terenie”. Inna sprawa, że „na tym terenie” niewiele się działo, ale tego fragmentu życiorysu Kaczyńskiego nikt poważny nie kwestionuje. Cuda zaczęły dziać się później. Według oficjalnego życiorysu Prezesa, zamieszczonego swego czasu na stronie PiS, w czasie strajków sierpnia 1980 roku, Jarosław Kaczyński „zakładał Solidarność”. Gdzie ją „zakładał”? Zagadka. I co to znaczy „zakładał”? To znaczy, że co konkretnie robił? Brał udział w strajku? Nie, a przynajmniej nic o tym nie wiadomo. Zresztą, gdzie, w którym? To pierwsza tajemnicza wersja. Gorzej, że nie jedyna.
 
Druga wersja pojawia się w wywiadzie udzielonym przez Jadwigę Kaczyńską Newsweekowi. Według tej wersji, Jarosław Kaczyński był przez cały lipiec i sierpień 1980 roku aresztowany w Pałacu Mostowskich (KS MO w Warszawie) i został zwolniony dopiero po podpisaniu porozumień rządu z MKS w Gdańsku. Jest to z całą pewnością nieprawda. Jednym z postulatów MKS w Gdańsku było zwolnienie osób zatrzymanych w związku z pomocą strajkującym. Była sporządzona lista tych osób, Kaczyńskiego na niej nie ma. Zresztą dlaczego miałby być zatrzymany? SB w ogóle nim się nie interesowała (teczkę założono mu dopiero w 1982 roku, i to z innego powodu).
 
Jest i wersja trzecia. Tym razem z życiorysu w Encyklopedii Solidarności. Był na krótko zatrzymany 28 sierpnia (czyli tuż przed końcem strajków) we Wrocławiu. Trudno to sprawdzić, może był, może nie. A tym bardziej nie wiadomo, czy z powodów politycznych. Milicja w tym czasie starała się zablokować łączność między dużymi ośrodkami strajkowymi. Mogli zatrzymać do wyjaśnienia przyjezdnego, tylko dlatego, że był z Warszawy. To możliwe. Wysoce wątpliwa wydaje nam się dalsza część tej wersji. Kaczyński ponoć był „czymś w rodzaju łącznika między strajkującymi załogami”. Jest to zupełnie nieprawdopodobne. Po pierwsze nie przypominamy sobie istnienia takich „łączników”. Po co? Nie było takiej potrzeby. Tym bardziej, jeśli już komuś powierzono by taką misję, to raczej nie Jarosławowi Kaczyńskiemu, który był w środowisku ówczesnej opozycji kompletnie nieznaną postacią. Jeśli już, to wysłano by Lecha, który skromnie, bo skromnie, ale w opozycji na Wybrzeżu działał. Lecha tam znano, Jarosława – wysoce wątpliwe.
 
Jeszcze by uszło, gdyby nie wersja czwarta wygenerowana przez biuro PiS na ul. Nowogrodzkiej w Warszawie: Jarosław Kaczyński w sierpniu 1980 roku „prowadził punkt informacyjny dla strajkujących załóg na ul. Bednarskiej w Warszawie” (wyjaśnienie udzielone przez biuro PiS Zbigniewowi Lisickiemu i przesłane mailem Krzysztofowi Łozińskiemu). No to już kłamstwo szerokotorowe. Taki punkt rzeczywiście istniał, ale już po zakończeniu strajków, we wrześniu. Punkt ten prowadziła Katarzyna Zon, a nie Kaczyński. Kaczyński mógł tam być, bo było tam wielu ludzi, ale na pewno nie „prowadził” tego punktu podczas strajków sierpnia. Punkt ten istniał krótko, przestał być potrzebny gdy tworząca się Solidarność zaczęła mieć własne lokale. Wcześniej, też po zakończeniu strajków istniał punkt kontaktowy na ul. Hożej.
 
No i co o tym myśleć? Co myśleć o człowieku, który nie potrafi w sposób jasny i zrozumiały powiedzieć co robił w krótkim, ale ważnym okresie czasu? O człowieku, który był jednocześnie we Wrocławiu, w Pałacu Mostowskich i na Bednarskiej?
Powstała Solidarność. Po latach Jarosław Kaczyński nagle palnął, że na zebraniu 17 września 1980 roku, to on, wbrew Wałęsie, zadecydował o powstaniu jednego związku Solidarność, a nie kilku związków regionalnych (publiczna wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego 17 września 2011 roku po godz. 12, transmitowana przez radio).
 
Wałęsa był wówczas niekwestionowanym przywódcą ogromnego ruchu, a Jarosław Kaczyński kompletnie nieznaną postacią. I ten nikomu niemal nie znany osobnik „zadecydował wbrew Wałęsie” o powstaniu Solidarności. Zapewne też wcześniej zadecydował wbrew konklawe o wyborze Karola Wojtyły.
 
Jarosław Kaczyński pojawił się w Regionie Mazowsze jako pracownik biurowy (być może wolontariusz) w Ośrodku Badań Społecznych przy Zarządzie Regionu, którym kierował Antoni Macierewicz. Podkreślamy, Kaczyński nie był pracownikiem biura Zarządu Regionu, lecz ośrodka doradczego przy zarządzie. Podczas wyborów parlamentarnych w 2007 roku, Kaczyński podawał, że był „doradcą Zarządu Regionu”. Natychmiast po wyborach ta informacja zniknęła ze strony PiS. I tak z pracownika biurowego jednego z ciał doradczych, stał się doradcą Zarządu Regionu. To tak, jakby urzędnik dziekanatu jednego wydziałów głosił po latach, że był doradcą rektora.
 
Jeden z nas, Krzysztof Łoziński, był na wszystkich 62 zebraniach Zarządu Regionu Mazowsze w latach 1980-81, - Kaczyńskiego nie przypomina sobie na żadnym. Na liście doradców zarządu nie figurował.
 
Nastał stan wojenny. Co robił Kaczyński nie wiadomo, prawdopodobnie nic. Gdy w czasie przedwyborczej debaty telewizyjnej z Donaldem Tuskiem został zapytany przez Tuska: „Co pan robił w stanie wojennym?”, zamilkł. Nic nie odpowiedział i był wyraźnie zagubiony.
 
Coś jednak robił, uczestniczył w zakładaniu Komitetu Helsińskiego, ale Komitet Helsiński to wszak „łże-elity”, „wykształciuchy” i „lumpeninteligenci”, wiec kłopot, o tym się nie mówi. Tak jak o udziale w Okrągłym Stole, bo to wszak była „zdrada okrągłego stołu”, wedle obecnej wersji.
 
Ale czas mijał. Przyszły kolejne wybory i Kaczyński w kolejnym życiorysie był już „członkiem i doradcą władz krajowych podziemnej Solidarności”. Encyklopedia Solidarności podaje kolejną wersję: był członkiem i doradcą „w składzie sekretariatu Krajowej Komisji Wykonawczej”. Kaczyński podawał też, że był „sekretarzem podziemnej KKW”. Wszystkie te same funkcje przypisywał też sobie Lech Kaczyński.
 
 


#57 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 09 styczeń 2019 - 15:52:16

Krzysztof Łoziński ( Facebook )
 
28 grudnia 2018 
 
Cz 1.
 
Kłamstwa życiorysowe
 
Ponieważ po moim wpisie o umieszczeniu zdjęć Kaczyńskich wśród głównych twórców polskiej wolności pojawiły się komentarze, że to "po prostu prawda historyczna", postanowiłem przypomnieć fragment rozdziału o kłamstwach życiorysowych z "Raportu Gęgaczy". Dodam tylko, że gdy pisaliśmy tę książkę ponad trzy lata temu, nie miałem jeszcze potwierdzenia, a tylko podejrzenie, że Jarosław Kaczyński w ogóle nie należał do "Solidarności". Dlatego tego faktu wówczas nie uwzględniłem. Później potwierdził ten fakt Maciej Jankowski, ówczesny przewodniczący komisji zakładowej "S" na Uniwersytecie Warszawskim. Tyle wstępu, a teraz tekst:
 
 
 
 
 
To takie ludzkie i zrozumiałe, że każdy chciałby mieć piękny życiorys. Gdy się jest politykiem, to wręcz pożądane. Dość powszechnie życiorysy się troszeczkę naciąga, coś przemilcza, coś uwypukla… Wszystko jest do wytrzymania, dokąd nasz życiorys nie zamienia się w całkiem cudzy. U kłamczoholika rzecz ma się następująco. Zaczyna się od drobnych korekt, ale co roku życiorys pięknieje, przybywają nowe „fakty”, praca w biurze zarządu zamienia się w pracę w zarządzie, podoficer w oficera, tata biuralista w tatę legionistę, itd. Po paru latach w życiorysie pojawiają się czyny, o których słyszało się w telewizji, czytanie parokrotne podziemnej prasy zamienia się najpierw w kolportowanie tejże, później w wydawanie tejże, a paniczny strach przed udziałem w podziemiu z czasem staje się byciem przywódcą tegoż.
 
Jarosław Kaczyński rzeczywiście był współpracownikiem KOR, a ściślej Zofii Romaszewskiej. Rzeczywiście brał udział w tworzeniu tak zwanego Raportu Madryckiego. Zofia Romaszewska przyznała po latach, że pracował w filii UW w Białymstoku i „dostarczał cennych informacji o tym, co działo się na tym terenie”. Inna sprawa, że „na tym terenie” niewiele się działo, ale tego fragmentu życiorysu Kaczyńskiego nikt poważny nie kwestionuje. Cuda zaczęły dziać się później. Według oficjalnego życiorysu Prezesa, zamieszczonego swego czasu na stronie PiS, w czasie strajków sierpnia 1980 roku, Jarosław Kaczyński „zakładał Solidarność”. Gdzie ją „zakładał”? Zagadka. I co to znaczy „zakładał”? To znaczy, że co konkretnie robił? Brał udział w strajku? Nie, a przynajmniej nic o tym nie wiadomo. Zresztą, gdzie, w którym? To pierwsza tajemnicza wersja. Gorzej, że nie jedyna.
 
Druga wersja pojawia się w wywiadzie udzielonym przez Jadwigę Kaczyńską Newsweekowi. Według tej wersji, Jarosław Kaczyński był przez cały lipiec i sierpień 1980 roku aresztowany w Pałacu Mostowskich (KS MO w Warszawie) i został zwolniony dopiero po podpisaniu porozumień rządu z MKS w Gdańsku. Jest to z całą pewnością nieprawda. Jednym z postulatów MKS w Gdańsku było zwolnienie osób zatrzymanych w związku z pomocą strajkującym. Była sporządzona lista tych osób, Kaczyńskiego na niej nie ma. Zresztą dlaczego miałby być zatrzymany? SB w ogóle nim się nie interesowała (teczkę założono mu dopiero w 1982 roku, i to z innego powodu).
 
Jest i wersja trzecia. Tym razem z życiorysu w Encyklopedii Solidarności. Był na krótko zatrzymany 28 sierpnia (czyli tuż przed końcem strajków) we Wrocławiu. Trudno to sprawdzić, może był, może nie. A tym bardziej nie wiadomo, czy z powodów politycznych. Milicja w tym czasie starała się zablokować łączność między dużymi ośrodkami strajkowymi. Mogli zatrzymać do wyjaśnienia przyjezdnego, tylko dlatego, że był z Warszawy. To możliwe. Wysoce wątpliwa wydaje nam się dalsza część tej wersji. Kaczyński ponoć był „czymś w rodzaju łącznika między strajkującymi załogami”. Jest to zupełnie nieprawdopodobne. Po pierwsze nie przypominamy sobie istnienia takich „łączników”. Po co? Nie było takiej potrzeby. Tym bardziej, jeśli już komuś powierzono by taką misję, to raczej nie Jarosławowi Kaczyńskiemu, który był w środowisku ówczesnej opozycji kompletnie nieznaną postacią. Jeśli już, to wysłano by Lecha, który skromnie, bo skromnie, ale w opozycji na Wybrzeżu działał. Lecha tam znano, Jarosława – wysoce wątpliwe.
 
Jeszcze by uszło, gdyby nie wersja czwarta wygenerowana przez biuro PiS na ul. Nowogrodzkiej w Warszawie: Jarosław Kaczyński w sierpniu 1980 roku „prowadził punkt informacyjny dla strajkujących załóg na ul. Bednarskiej w Warszawie” (wyjaśnienie udzielone przez biuro PiS Zbigniewowi Lisickiemu i przesłane mailem Krzysztofowi Łozińskiemu). No to już kłamstwo szerokotorowe. Taki punkt rzeczywiście istniał, ale już po zakończeniu strajków, we wrześniu. Punkt ten prowadziła Katarzyna Zon, a nie Kaczyński. Kaczyński mógł tam być, bo było tam wielu ludzi, ale na pewno nie „prowadził” tego punktu podczas strajków sierpnia. Punkt ten istniał krótko, przestał być potrzebny gdy tworząca się Solidarność zaczęła mieć własne lokale. Wcześniej, też po zakończeniu strajków istniał punkt kontaktowy na ul. Hożej.
 
No i co o tym myśleć? Co myśleć o człowieku, który nie potrafi w sposób jasny i zrozumiały powiedzieć co robił w krótkim, ale ważnym okresie czasu? O człowieku, który był jednocześnie we Wrocławiu, w Pałacu Mostowskich i na Bednarskiej?
Powstała Solidarność. Po latach Jarosław Kaczyński nagle palnął, że na zebraniu 17 września 1980 roku, to on, wbrew Wałęsie, zadecydował o powstaniu jednego związku Solidarność, a nie kilku związków regionalnych (publiczna wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego 17 września 2011 roku po godz. 12, transmitowana przez radio).
 
Wałęsa był wówczas niekwestionowanym przywódcą ogromnego ruchu, a Jarosław Kaczyński kompletnie nieznaną postacią. I ten nikomu niemal nie znany osobnik „zadecydował wbrew Wałęsie” o powstaniu Solidarności. Zapewne też wcześniej zadecydował wbrew konklawe o wyborze Karola Wojtyły.
 
Jarosław Kaczyński pojawił się w Regionie Mazowsze jako pracownik biurowy (być może wolontariusz) w Ośrodku Badań Społecznych przy Zarządzie Regionu, którym kierował Antoni Macierewicz. Podkreślamy, Kaczyński nie był pracownikiem biura Zarządu Regionu, lecz ośrodka doradczego przy zarządzie. Podczas wyborów parlamentarnych w 2007 roku, Kaczyński podawał, że był „doradcą Zarządu Regionu”. Natychmiast po wyborach ta informacja zniknęła ze strony PiS. I tak z pracownika biurowego jednego z ciał doradczych, stał się doradcą Zarządu Regionu. To tak, jakby urzędnik dziekanatu jednego wydziałów głosił po latach, że był doradcą rektora.
 
Jeden z nas, Krzysztof Łoziński, był na wszystkich 62 zebraniach Zarządu Regionu Mazowsze w latach 1980-81, - Kaczyńskiego nie przypomina sobie na żadnym. Na liście doradców zarządu nie figurował.
 
Nastał stan wojenny. Co robił Kaczyński nie wiadomo, prawdopodobnie nic. Gdy w czasie przedwyborczej debaty telewizyjnej z Donaldem Tuskiem został zapytany przez Tuska: „Co pan robił w stanie wojennym?”, zamilkł. Nic nie odpowiedział i był wyraźnie zagubiony.
 
Coś jednak robił, uczestniczył w zakładaniu Komitetu Helsińskiego, ale Komitet Helsiński to wszak „łże-elity”, „wykształciuchy” i „lumpeninteligenci”, wiec kłopot, o tym się nie mówi. Tak jak o udziale w Okrągłym Stole, bo to wszak była „zdrada okrągłego stołu”, wedle obecnej wersji.
 
Ale czas mijał. Przyszły kolejne wybory i Kaczyński w kolejnym życiorysie był już „członkiem i doradcą władz krajowych podziemnej Solidarności”. Encyklopedia Solidarności podaje kolejną wersję: był członkiem i doradcą „w składzie sekretariatu Krajowej Komisji Wykonawczej”. Kaczyński podawał też, że był „sekretarzem podziemnej KKW”. Wszystkie te same funkcje przypisywał też sobie Lech Kaczyński.
 
 


#58 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 09 styczeń 2019 - 15:55:30

Krzysztof Łoziński ( Facebook )
28 grudnia 2018 
Kłamstwa życiorysowe cz 2
               No to ustalmy fakty.
 
22 kwietnia 1982 Zbigniew Bujak, Bogdan Lis, Władysław Frasyniuk i Władysław Hardek powołali Tymczasową Komisję Koordynacyjną NSZZ „Solidarność”. Działała ona w niezmieniony składzie do 25 października 1987 roku. Jak widać żadnego z Kaczyńskich w niej nie było. Tak więc żaden z Kaczyńskich w żadnych podziemnych władzach Solidarności przez pierwsze 6 lat podziemia nie uczestniczył.
 
Krajowa Komisja Wykonawcza NSZZ „Solidarność” została powołana 25 października 1987 roku. W skład KKW weszli: Lech Wałęsa (przewodniczący), Zbigniew Bujak, Jerzy Dłużniewski, Władysław Frasyniuk, Stefan Jurczak, Bogdan Lis, Andrzej Milczanowski, Janusz Pałubicki, Stanisław Węglarz; następnie dokooptowano Jana Andrzeja Górnego (15 XI 1987), Antoniego Stawikowskiego i Antoniego Tokarczuka (5 XII 1987), Stefanię Hejmanowską, Henryka Sienkiewicza, Grażynę Staniszewską (9 IV 1988), Zbigniewa Romaszewskiego (25 IX 1988). Jak widać nie było w niej ani jednego Kaczyńskiego.
 
Osobna kwestia, to nadużyciem jest nazywanie tego ciała „podziemną Solidarnością”. Solidarność nadal była teoretycznie nielegalna, ale KKW działała już całkiem jawnie, nikt jej nie ścigał, nikogo nie aresztowano, miała publicznie znaną siedzibę w Gdańsku, na zebrania żadna SB-cja nie wpadała. W połowie sierpnia 1988 roku władze rozpoczęły z Solidarnością rozmowy, które zakończyły się obradami Okrągłego Stołu od 6 lutego do 4 kwietnia 1989 roku. Sierpień 1988 roku można uznać za definitywny koniec okresu przejściowego między podziemiem a pełną jawnością i uznawaniem (jeszcze nieformalnym) przez władze.
 
Jedno można na pewno ustalić: żaden z Kaczyńskich nie był „członkiem władz krajowych podziemnej Solidarności” nawet przez sekundę. Nie był nawet członkiem władz tego okresu przejściowego: październik 87 – sierpień 88.
 
A co z tym sekretariatem i „sekretarzem”, do której to funkcji przyznawali się obaj Kaczyńscy? Faktycznie, od listopada 1987 roku istniał sekretariat KKW i pracowali w nim Kaczyńscy. Czy mogą jednak na tej podstawie podawać się za „członków władz krajowych”?
 
Sprawę jednoznacznie określa statut NSZZ „Solidarność”. Rozdział IV, paragraf 17 statutu określa jednoznacznie władze związku. Są to: Zjazd Delegatów, Komisja Krajowa, Komisja Rewizyjna. Koniec, więcej nie ma. Sekretariat nie był władzą, a jego pracownicy nie byli członkami władz.
 
Jarosław Kaczyński uczestniczył w zebraniach KKW jako „sekretarz” nie będący członkiem KKW (gdyby był kobietą pisano by „sekretarka”) od jesieni 1988 roku, czyli pół roku po wyjściu Solidarności z podziemia, po spotkaniu Wałęsy z Kiszczakiem, po rozmowach w Magdalence, po powołaniu rządu Rakowskiego. Ogłaszanie się na tej postawie „sekretarzem podziemnej KKW”, to czyste nadużycie, zwłaszcza że sugeruje funkcję sekretarza zarządu, czyli drugiej osoby w zarządzie po prezesie. A tu faktycznie tylko „sekretarz” a nie „sekretarka” ze względu wyłącznie na płeć.
 
Trzeba przyznać, że Lech Kaczyński uprawiał życiorysowej mitomanii znacznie mniej, ale później, po jego śmierci, nadrobił za niego jego brat. Nie znamy ani jednej wzmianki autorstwa Lecha Kaczyńskiego, w której przypisywał by sobie istotną rolę w strajku w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku. Wręcz przeciwnie, na początku lat 90, w prywatnej rozmowie z Krzysztofem Łozińskim powiedział, iż żałuje, że nie brał w tym poważniejszego udziału. Nie nam rozstrzygać, ile czasu i kiedy Lech Kaczyński w stoczni był. Są na ten temat rozbieżne relacje, a dokumenty nie są jednoznaczne. Pozostańmy przy tym, co jest jednoznaczne.
 
Na liście doradców MKS Lech Kaczyński nie figuruje. Adam Borowski (autor notatki w „Encyklopedii Solidarności”) powiedział, że Lech Kaczyński „był doradcą, ale Mazowiecki nie zgodził się na wpisanie go na listę doradców”. Dla nas jest to jednoznaczne: nie ma go na liście doradców, to doradcą nie był. Trzeba tak kategorycznie rozstrzygać, bo dziś bardzo wielu ludzi, którzy kompletnie nic nie robili, podaje się za doradców Solidarności. To jest pojęcie wysoce niejasne i mgliste. W podziemiu nie było legitymacji członkowskich i list obecności, dla tego dziś bardzo łatwo jest przypisywać sobie jakiś mglisty „udział” w podziemiu lub „bycie doradcą”. Byle tylko bez konkretów.
 
Pomińmy powszechnie znany incydent w czasie obchodów rocznicy strajku w stoczni, gdy Jarosław Kaczyński wygadywał ewidentne kłamstwa na temat roli swojego brata w tym strajku. Zajmijmy się kłamstwami poważniejszymi.
 
Wedle najnowszej wersji kłamstwa życiorysowego, która go dotyczy, Lech Kaczyński był „autorem 21 postulatów” strajkowych i „autorem tekstu porozumień sierpniowych”. Można rzec, że głosząc te kłamstwa Jarosław Kaczyński pobił absolutny rekord świata.
 
21 postulatów strajkowych sformułowała w nocy z 3 na 4 dzień strajku specjalna komisja wyłoniona z członków komitetu strajkowego. Nie było w niej (ani w komitecie) Lecha Kaczyńskiego. Komisja była potrzebna, bo w zakresie postulatów panował kompletny chaos. Domagano się na przykład wystąpienia z Układu Warszawskiego, głoszono: „precz ze Związkiem Radzieckim”. Takie postulaty groziły natychmiastową inwazją milicji i końcem strajku.
 
Odpowiedź na pytanie, kto był autorem 21 postulatów, jest następująca: bardzo wielu strajkujących zgłaszało postulaty, a komisja jedynie dokonała wyboru i uporządkowania. Żadna jedna osoba nie była „autorem tekstu 21 postulatów”. Żadne źródła z tamtych dni nie potwierdzają obecności w tym czasie w stoczni Lecha Kaczyńskiego.
 
Podobnie jest z autorstwem tekstu porozumień kończących strajk. Żadna jedna osoba takim autorem nie była. Tekst porozumień był negocjowany punkt po punkcie z delegacją rządową. Jeśli w ogóle mówić o autorstwie tego tekstu, to autorami byli zbiorowo wszyscy uczestnicy tych negocjacji, a tych dokumenty wyliczają jednoznacznie:
 
Po stronie strajkujących: Lech Wałęsa, Andrzej Kołodziej, Bogdan Lis, Lech Bądkowski, Wojciech Gruszewski, Andrzej Gwiazda, Stefan Izdebski, Jerzy Kwiecik, Zdzisław Kobyliński, Henryka Krzywonos, Stefan Lewandowski, Anna Pieńkowska, Józef Przybylski, Jerzy Sikorski, Lech Sobieszek, Tadeusz Stanny, Anna Walentynowicz, Florian Wiśniewski.
Po stronie rządowej: Mieczysław Jagielski, Zbigniew Zieliński, Tadeusz Fiszbach, Jerzy Kołodziejski.
 
Koniec, nikt więcej. Jak łatwo zauważyć, Lecha Kaczyńskiego tu nie ma.
 
A swoją drogą, to Jarosław Kaczyński potrafił najpierw powiedzieć, że jego brat „nie mógł zamknąć się w stoczni, bo miał małe dziecko”, a innym razem mówić, że był „autorem 21 postulatów” lub „autorem tekstu porozumień gdańskich” i w ogóle najważniejszą osobą tego strajku.
 
Mamy jeszcze kłamstwo życiorysowe dotyczące incydentu z ostatnich lat życia Lecha Kaczyńskiego. Adam Bielan oświadczył nagle, że jest nieprawdą, iż Lech Kaczyński w Gruzji wydał pilotom rozkaz lądowania w Tbilisi, mimo zamkniętego lotniska. Twierdził, że takiego rozkazu nigdy nie było, Lech Kaczyński nie wchodził w ogóle do kabiny pilotów, był cały czas razem z nim w saloniku. Oczywiście Bielan kłamał, bo sam Lech Kaczyński domagał się postawienia przed sądem pilota i jego degradacji „za niewykonanie rozkazu”. Przemysław Gosiewski wystosował nawet w tej sprawie pismo z identycznym żądaniem ukarania pilota za niewykonanie rozkazu zwierzchnika sił zbrojnych - prezydenta. Rozmowa była zresztą nagrana, są zeznania pilota na temat jej treści.
 
W 2004 roku, zrobiono bohaterkę Powstania Warszawskiego z Jadwigi Kaczyńskiej (matki Jarosława i Lecha). Po wyborach (2005 r.) wyszło na jaw, iż Jadwiga Kaczyńska w Powstaniu nie brała udziału, przebywała w Skarżysku Kamiennej, gdzie mieszkała. Ciekawa była metoda tej mistyfikacji. Propagandyści z Muzeum Powstania Warszawskiego, niby przez pomyłkę, umieścili ją jako powstańca na plakacie rozklejanym w autobusach miejskich (L. Kaczyński był wówczas prezydentem Warszawy). Podczas wyborów prezydenckich (2010 r. ), telewizja publiczna (zależna od PiS) powtórzyła tę mistyfikację przed debatą prezydencką z udziałem J. Kaczyńskiego. Prezes dyskretnie nie sprostował.
 
Tyle archiwalnego tekstu. Czytelnicy mogą sami wyrobić sobie zdanie. 
 
Krzysztof Łoziński
 

 

 



#59 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 09 styczeń 2019 - 15:56:20

Krzysztof Łoziński ( Facebook )
28 grudnia 2018 
Kłamstwa życiorysowe cz 2
               No to ustalmy fakty.
 
22 kwietnia 1982 Zbigniew Bujak, Bogdan Lis, Władysław Frasyniuk i Władysław Hardek powołali Tymczasową Komisję Koordynacyjną NSZZ „Solidarność”. Działała ona w niezmieniony składzie do 25 października 1987 roku. Jak widać żadnego z Kaczyńskich w niej nie było. Tak więc żaden z Kaczyńskich w żadnych podziemnych władzach Solidarności przez pierwsze 6 lat podziemia nie uczestniczył.
 
Krajowa Komisja Wykonawcza NSZZ „Solidarność” została powołana 25 października 1987 roku. W skład KKW weszli: Lech Wałęsa (przewodniczący), Zbigniew Bujak, Jerzy Dłużniewski, Władysław Frasyniuk, Stefan Jurczak, Bogdan Lis, Andrzej Milczanowski, Janusz Pałubicki, Stanisław Węglarz; następnie dokooptowano Jana Andrzeja Górnego (15 XI 1987), Antoniego Stawikowskiego i Antoniego Tokarczuka (5 XII 1987), Stefanię Hejmanowską, Henryka Sienkiewicza, Grażynę Staniszewską (9 IV 1988), Zbigniewa Romaszewskiego (25 IX 1988). Jak widać nie było w niej ani jednego Kaczyńskiego.
 
Osobna kwestia, to nadużyciem jest nazywanie tego ciała „podziemną Solidarnością”. Solidarność nadal była teoretycznie nielegalna, ale KKW działała już całkiem jawnie, nikt jej nie ścigał, nikogo nie aresztowano, miała publicznie znaną siedzibę w Gdańsku, na zebrania żadna SB-cja nie wpadała. W połowie sierpnia 1988 roku władze rozpoczęły z Solidarnością rozmowy, które zakończyły się obradami Okrągłego Stołu od 6 lutego do 4 kwietnia 1989 roku. Sierpień 1988 roku można uznać za definitywny koniec okresu przejściowego między podziemiem a pełną jawnością i uznawaniem (jeszcze nieformalnym) przez władze.
 
Jedno można na pewno ustalić: żaden z Kaczyńskich nie był „członkiem władz krajowych podziemnej Solidarności” nawet przez sekundę. Nie był nawet członkiem władz tego okresu przejściowego: październik 87 – sierpień 88.
 
A co z tym sekretariatem i „sekretarzem”, do której to funkcji przyznawali się obaj Kaczyńscy? Faktycznie, od listopada 1987 roku istniał sekretariat KKW i pracowali w nim Kaczyńscy. Czy mogą jednak na tej podstawie podawać się za „członków władz krajowych”?
 
Sprawę jednoznacznie określa statut NSZZ „Solidarność”. Rozdział IV, paragraf 17 statutu określa jednoznacznie władze związku. Są to: Zjazd Delegatów, Komisja Krajowa, Komisja Rewizyjna. Koniec, więcej nie ma. Sekretariat nie był władzą, a jego pracownicy nie byli członkami władz.
 
Jarosław Kaczyński uczestniczył w zebraniach KKW jako „sekretarz” nie będący członkiem KKW (gdyby był kobietą pisano by „sekretarka”) od jesieni 1988 roku, czyli pół roku po wyjściu Solidarności z podziemia, po spotkaniu Wałęsy z Kiszczakiem, po rozmowach w Magdalence, po powołaniu rządu Rakowskiego. Ogłaszanie się na tej postawie „sekretarzem podziemnej KKW”, to czyste nadużycie, zwłaszcza że sugeruje funkcję sekretarza zarządu, czyli drugiej osoby w zarządzie po prezesie. A tu faktycznie tylko „sekretarz” a nie „sekretarka” ze względu wyłącznie na płeć.
 
Trzeba przyznać, że Lech Kaczyński uprawiał życiorysowej mitomanii znacznie mniej, ale później, po jego śmierci, nadrobił za niego jego brat. Nie znamy ani jednej wzmianki autorstwa Lecha Kaczyńskiego, w której przypisywał by sobie istotną rolę w strajku w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku. Wręcz przeciwnie, na początku lat 90, w prywatnej rozmowie z Krzysztofem Łozińskim powiedział, iż żałuje, że nie brał w tym poważniejszego udziału. Nie nam rozstrzygać, ile czasu i kiedy Lech Kaczyński w stoczni był. Są na ten temat rozbieżne relacje, a dokumenty nie są jednoznaczne. Pozostańmy przy tym, co jest jednoznaczne.
 
Na liście doradców MKS Lech Kaczyński nie figuruje. Adam Borowski (autor notatki w „Encyklopedii Solidarności”) powiedział, że Lech Kaczyński „był doradcą, ale Mazowiecki nie zgodził się na wpisanie go na listę doradców”. Dla nas jest to jednoznaczne: nie ma go na liście doradców, to doradcą nie był. Trzeba tak kategorycznie rozstrzygać, bo dziś bardzo wielu ludzi, którzy kompletnie nic nie robili, podaje się za doradców Solidarności. To jest pojęcie wysoce niejasne i mgliste. W podziemiu nie było legitymacji członkowskich i list obecności, dla tego dziś bardzo łatwo jest przypisywać sobie jakiś mglisty „udział” w podziemiu lub „bycie doradcą”. Byle tylko bez konkretów.
 
Pomińmy powszechnie znany incydent w czasie obchodów rocznicy strajku w stoczni, gdy Jarosław Kaczyński wygadywał ewidentne kłamstwa na temat roli swojego brata w tym strajku. Zajmijmy się kłamstwami poważniejszymi.
 
Wedle najnowszej wersji kłamstwa życiorysowego, która go dotyczy, Lech Kaczyński był „autorem 21 postulatów” strajkowych i „autorem tekstu porozumień sierpniowych”. Można rzec, że głosząc te kłamstwa Jarosław Kaczyński pobił absolutny rekord świata.
 
21 postulatów strajkowych sformułowała w nocy z 3 na 4 dzień strajku specjalna komisja wyłoniona z członków komitetu strajkowego. Nie było w niej (ani w komitecie) Lecha Kaczyńskiego. Komisja była potrzebna, bo w zakresie postulatów panował kompletny chaos. Domagano się na przykład wystąpienia z Układu Warszawskiego, głoszono: „precz ze Związkiem Radzieckim”. Takie postulaty groziły natychmiastową inwazją milicji i końcem strajku.
 
Odpowiedź na pytanie, kto był autorem 21 postulatów, jest następująca: bardzo wielu strajkujących zgłaszało postulaty, a komisja jedynie dokonała wyboru i uporządkowania. Żadna jedna osoba nie była „autorem tekstu 21 postulatów”. Żadne źródła z tamtych dni nie potwierdzają obecności w tym czasie w stoczni Lecha Kaczyńskiego.
 
Podobnie jest z autorstwem tekstu porozumień kończących strajk. Żadna jedna osoba takim autorem nie była. Tekst porozumień był negocjowany punkt po punkcie z delegacją rządową. Jeśli w ogóle mówić o autorstwie tego tekstu, to autorami byli zbiorowo wszyscy uczestnicy tych negocjacji, a tych dokumenty wyliczają jednoznacznie:
 
Po stronie strajkujących: Lech Wałęsa, Andrzej Kołodziej, Bogdan Lis, Lech Bądkowski, Wojciech Gruszewski, Andrzej Gwiazda, Stefan Izdebski, Jerzy Kwiecik, Zdzisław Kobyliński, Henryka Krzywonos, Stefan Lewandowski, Anna Pieńkowska, Józef Przybylski, Jerzy Sikorski, Lech Sobieszek, Tadeusz Stanny, Anna Walentynowicz, Florian Wiśniewski.
Po stronie rządowej: Mieczysław Jagielski, Zbigniew Zieliński, Tadeusz Fiszbach, Jerzy Kołodziejski.
 
Koniec, nikt więcej. Jak łatwo zauważyć, Lecha Kaczyńskiego tu nie ma.
 
A swoją drogą, to Jarosław Kaczyński potrafił najpierw powiedzieć, że jego brat „nie mógł zamknąć się w stoczni, bo miał małe dziecko”, a innym razem mówić, że był „autorem 21 postulatów” lub „autorem tekstu porozumień gdańskich” i w ogóle najważniejszą osobą tego strajku.
 
Mamy jeszcze kłamstwo życiorysowe dotyczące incydentu z ostatnich lat życia Lecha Kaczyńskiego. Adam Bielan oświadczył nagle, że jest nieprawdą, iż Lech Kaczyński w Gruzji wydał pilotom rozkaz lądowania w Tbilisi, mimo zamkniętego lotniska. Twierdził, że takiego rozkazu nigdy nie było, Lech Kaczyński nie wchodził w ogóle do kabiny pilotów, był cały czas razem z nim w saloniku. Oczywiście Bielan kłamał, bo sam Lech Kaczyński domagał się postawienia przed sądem pilota i jego degradacji „za niewykonanie rozkazu”. Przemysław Gosiewski wystosował nawet w tej sprawie pismo z identycznym żądaniem ukarania pilota za niewykonanie rozkazu zwierzchnika sił zbrojnych - prezydenta. Rozmowa była zresztą nagrana, są zeznania pilota na temat jej treści.
 
W 2004 roku, zrobiono bohaterkę Powstania Warszawskiego z Jadwigi Kaczyńskiej (matki Jarosława i Lecha). Po wyborach (2005 r.) wyszło na jaw, iż Jadwiga Kaczyńska w Powstaniu nie brała udziału, przebywała w Skarżysku Kamiennej, gdzie mieszkała. Ciekawa była metoda tej mistyfikacji. Propagandyści z Muzeum Powstania Warszawskiego, niby przez pomyłkę, umieścili ją jako powstańca na plakacie rozklejanym w autobusach miejskich (L. Kaczyński był wówczas prezydentem Warszawy). Podczas wyborów prezydenckich (2010 r. ), telewizja publiczna (zależna od PiS) powtórzyła tę mistyfikację przed debatą prezydencką z udziałem J. Kaczyńskiego. Prezes dyskretnie nie sprostował.
 
Tyle archiwalnego tekstu. Czytelnicy mogą sami wyrobić sobie zdanie. 
 
Krzysztof Łoziński
 

 

 



#60 ~Gość~

~Gość~
  • Goście

Napisano 09 styczeń 2019 - 15:58:09

Krzysztof Łoziński ( Facebook )
28 grudnia 2018 
Kłamstwa życiorysowe cz 2
               No to ustalmy fakty.
 
22 kwietnia 1982 Zbigniew Bujak, Bogdan Lis, Władysław Frasyniuk i Władysław Hardek powołali Tymczasową Komisję Koordynacyjną NSZZ „Solidarność”. Działała ona w niezmieniony składzie do 25 października 1987 roku. Jak widać żadnego z Kaczyńskich w niej nie było. Tak więc żaden z Kaczyńskich w żadnych podziemnych władzach Solidarności przez pierwsze 6 lat podziemia nie uczestniczył.
 
Krajowa Komisja Wykonawcza NSZZ „Solidarność” została powołana 25 października 1987 roku. W skład KKW weszli: Lech Wałęsa (przewodniczący), Zbigniew Bujak, Jerzy Dłużniewski, Władysław Frasyniuk, Stefan Jurczak, Bogdan Lis, Andrzej Milczanowski, Janusz Pałubicki, Stanisław Węglarz; następnie dokooptowano Jana Andrzeja Górnego (15 XI 1987), Antoniego Stawikowskiego i Antoniego Tokarczuka (5 XII 1987), Stefanię Hejmanowską, Henryka Sienkiewicza, Grażynę Staniszewską (9 IV 1988), Zbigniewa Romaszewskiego (25 IX 1988). Jak widać nie było w niej ani jednego Kaczyńskiego.
 
Osobna kwestia, to nadużyciem jest nazywanie tego ciała „podziemną Solidarnością”. Solidarność nadal była teoretycznie nielegalna, ale KKW działała już całkiem jawnie, nikt jej nie ścigał, nikogo nie aresztowano, miała publicznie znaną siedzibę w Gdańsku, na zebrania żadna SB-cja nie wpadała. W połowie sierpnia 1988 roku władze rozpoczęły z Solidarnością rozmowy, które zakończyły się obradami Okrągłego Stołu od 6 lutego do 4 kwietnia 1989 roku. Sierpień 1988 roku można uznać za definitywny koniec okresu przejściowego między podziemiem a pełną jawnością i uznawaniem (jeszcze nieformalnym) przez władze.
 
Jedno można na pewno ustalić: żaden z Kaczyńskich nie był „członkiem władz krajowych podziemnej Solidarności” nawet przez sekundę. Nie był nawet członkiem władz tego okresu przejściowego: październik 87 – sierpień 88.
 
A co z tym sekretariatem i „sekretarzem”, do której to funkcji przyznawali się obaj Kaczyńscy? Faktycznie, od listopada 1987 roku istniał sekretariat KKW i pracowali w nim Kaczyńscy. Czy mogą jednak na tej podstawie podawać się za „członków władz krajowych”?
 
Sprawę jednoznacznie określa statut NSZZ „Solidarność”. Rozdział IV, paragraf 17 statutu określa jednoznacznie władze związku. Są to: Zjazd Delegatów, Komisja Krajowa, Komisja Rewizyjna. Koniec, więcej nie ma. Sekretariat nie był władzą, a jego pracownicy nie byli członkami władz.
 
Jarosław Kaczyński uczestniczył w zebraniach KKW jako „sekretarz” nie będący członkiem KKW (gdyby był kobietą pisano by „sekretarka”) od jesieni 1988 roku, czyli pół roku po wyjściu Solidarności z podziemia, po spotkaniu Wałęsy z Kiszczakiem, po rozmowach w Magdalence, po powołaniu rządu Rakowskiego. Ogłaszanie się na tej postawie „sekretarzem podziemnej KKW”, to czyste nadużycie, zwłaszcza że sugeruje funkcję sekretarza zarządu, czyli drugiej osoby w zarządzie po prezesie. A tu faktycznie tylko „sekretarz” a nie „sekretarka” ze względu wyłącznie na płeć.
 
Trzeba przyznać, że Lech Kaczyński uprawiał życiorysowej mitomanii znacznie mniej, ale później, po jego śmierci, nadrobił za niego jego brat. Nie znamy ani jednej wzmianki autorstwa Lecha Kaczyńskiego, w której przypisywał by sobie istotną rolę w strajku w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku. Wręcz przeciwnie, na początku lat 90, w prywatnej rozmowie z Krzysztofem Łozińskim powiedział, iż żałuje, że nie brał w tym poważniejszego udziału. Nie nam rozstrzygać, ile czasu i kiedy Lech Kaczyński w stoczni był. Są na ten temat rozbieżne relacje, a dokumenty nie są jednoznaczne. Pozostańmy przy tym, co jest jednoznaczne.
 
 




Dodaj odpowiedź



  


Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych